Przejdź do głównej zawartości

Posty

Takie małe nic

Dziś będzie króciutko, bo zmęczonam. Dziś Lenka zafundowała mi trochę kapryszenia i humorków. Piszę "mi", bo p. Kasię jakoś ominęło i Ojca, szczęśliwie też. Tylko ja dostąpiłam zaszczytu małej chanderki, tulasków i łkań w Mamusię. A co tam, w końcu nie będzie to trwało wiecznie. Lenka dziś była troszkę zmęczona, senna. Nie wiemy czy to sterydy, czy po prostu taki dzień... Cóż, może teraz trochę tak będzie... A dla urozmaicenia - Matyl zjadła dziś z kolei plastokulki. Niestety nie mogę znaleźć tego w necie, co by Wam zobrazować. Takie piankowe cuś... Teraz czekamy na kupę :))) Z oka tego dziecka nie można spuścić, a niby z wiekiem się mądrzeje... Podobno... I niektórzy, najwyraźniej ;)

Czyżby początek gastrofazy?

Pamiętacie nasze poststerydowe zmagania z nagłą miłością Leny do szszszszyneczki? Otóż chyba znowu wchodzimy w tę fazę. Niby dopiero dwa dni sterydów za nami, a apetyt Leny jakby się poprawił. Fakt, że ostatnio dobrze i ładnie jadła, ale dziś już widzimy, że chyba nadchodzi Gastrofaza. Zaczęło się w porze obiadu. Lenka pięknie, w całości i nie czekając na obudzenie się Matyldy z popołudniowej drzemki, wtrząchnęła obiad. Przegryzła jabłkiem, śliwkami oraz orzechami i ledwo dociągnęła do kolacji. Tu również pięknie przyjęła kanapkę i miskę serka koziego, twierdząc przedtem, że umrze z głodu, jak nie zje. Jeszcze w kąpieli, przekonywała nas, że coś by jeszcze zjadła :). No cóż... Chyba każdą matkę cieszy apetyt dziecka, ale z opowieści koleżanek z oddziału wiem, ze na tym etapie leczenia głód przyjmuje straszliwą formę. Dzieci na samo śniadanie konsumują 6 parówek, przegryzając 4 kanapkami i popijając dużym jogurtem. Matki są zrywane w środku nocy wrzaskiem - Jeść!!! - I raczej nie ma dys...

No to wystartowaliśmy

Na podstawie wyników dzisiejszych badań lekarze zapalili zielone światło, bomba poszła w górę, koty poszły za płoty, a kobyłka u płota = wystartowaliśmy z kolejnym etapem leczenia. Lekko rozczarowały nas same wyniki, bo są właściwie na tym samym poziomie co poprzednio i przed-poprzednio, a spodziewaliśmy się jakiegoś wystrzału rakiety ale lekarze mówią, że jest baaardzo dobrze, więc się tego trzymamy. Lena znowu zaczęła łykać ulubione swoje pastylki. Nie jest to co prawda jej ulubiona Merkaptopuryna (którą mogłaby zjadać pasjami) i na pewno nie jest to takie smaczna jak M. ale Lena bez mrugnięcia okiem i krzykiem wzywając do podania jej w końcu, połyka kolejne tabletki i nawet jeżeli nie jest to ten jej ulubiony smak to robi dobrą minę do złej gry i nawet się nie krzywi – tough girl (albo autentyczny lekoman:). Podczas wizyty w szpitalu spotkała kilkoro znajomych, swoich ulubionych doktorów i generalnie bardzo dobrze wspomina. W domu, po moim powrocie z pracy, szał uniesień, armageddon...

Kociołek i inne historie

Dzisiaj niedziela, więc jest przyczynek do opowieści o pewnej, zadziwiającej nas (ale być może dość często spotykanej wśród 2-latków?), fascynacji naszej młodszej córki. Otóż, Matylda została opętana (może to niewłaściwe użyte słowo w tym kontekście?:) miłością do kościołów (w jej slangu zwanymi tytułowymi „kociołkami”). Jest to zapewne efekt kilku wizyt z dziadkami w kościele, bo nie ma ku temu okazji z nami w naszej ateistycznej rodzinie. W każdym razie od czasu tych wizyt, Matylda każdy napotykany zabytkowy budynek posiadający choć jedną wieżyczkę nazywa kociołkiem i natychmiast wzywa do jego odwiedzenia („pójdziemy o kociołka?”). Kilka razy ulegliśmy jej namowom i za każdym razem przed naszymi oczami rozgrywał się akt najczystszego religijnego uwielbienia – dziecko z szeroko otwartymi oczami rozgląda się po wnętrzu, wsłuchuje się z zachwytem w dźwięk organów, po czym ni stąd ni zowąd, klęka na kamiennej podłogę zadając jednocześnie pytanie „Moziem na kolanka?” Obrazu jej „religijne...

Head hunting rozpoczęty

A jednak sie zebrałem do napisania posta. Już myślałem, że nie dam rady ale Jason Statham w filmie "Adrenalina" tak mnie naładował, że poczułem przypływ świeżej krwi i oto jestem przy klawiaturze. Chociaż, czterokrotny atak złośliwego "ż"prawie mnie zniechęcił. Co do tytułu, to dzisiaj odbyliśmy pierwsze interview w ramach poszukiwania dla Leny kogoś kto zadba o jej rozwój intelektualno-społeczny w czasie kiedy z wiadomych względów nie będzie mogła uczęszczać do przedszkola. Biedulka, niestety kontakty z rówieśnikami i z przedszkolem ma ograniczone do minimum i tak jeszcze przez chwilę pozostanie. A przecież nie możemy jej tak zostawić kiedy musi sie rozwijać aby sprostać wyzwaniom współczesnego, krwiożerczego, technokratycznego otoczenia. Tak więc trzeba na początek małe wprowadzenie do relacyjnych baz danych, zarządzanie płynnością finansową przedsiębiorstwa i zaawansowany szwedzki. Potem przyjdzie czas na naukę czytania i pisania, a na końu przyswajanie umiejętno...

Keep on ścisking your kciuks

Yo yo everybody ścisking your kciuks!! I mean come on, we, rodzina Błasiako-Wiatrów, (a'propos, Lena kiedyś powiedziała, że mama nie jest jej rodziną bo się nie nazywa Błasiak - oj, przed nami skomplikowana dyskusja) ślemy Wam gorące pozdrowienia i dziękujemy message, bo chyba kciuks ścisking daje efekty - Lena walczy, katar słabnie, moc truchleje, dobre fluidy kłębią się nad głową - keep on ścisking!! Siostry Sisters spędziły dzisiaj dzień u swojej ukochanej opiekunki, Pani Kasi - Pani Kasiu - składamy nieustające dziękczynne pokłony za wspaniałe atrakcje jakich im Pani dostarcza i że daje Pani radę zarzadzać tym rozbrykanym stadkiem. Z relacji dziewczyn wynika, że cały dzień bawiły się (czyli maltretowały) małego yorka Pani Kasi (a właściciwie jej córki, Moniki) - Roxy (zwaną również Roksanką). Jeżeli to prawda, to obawiam się o kondycję psychiczną pieska - żeby tylko nie przeżył załamania. Zakładam, że robiły też coś jeszcze ale trudno to z nich wyciągnąć. Jak już temat zejdzie...

Kciuki poprosimy!

Dziś "zaliczyłyśmy" z Leną szpital - konkretnie Oddział Dzienny. Broviac przepłukany, plasterek zmieniony, morfologia pobrana... I tu trochę zaskoczenie, bo.... wyniki nie drgnęły!. Jakoś spodziewaliśmy się, ze po tym nagłym skoku będą rosnąć jak szalone, a tu wzrost mizerniutki, a właściwie prawie żaden :/. Wręcz dopytywaliśmy się doktora czy nie są to przez przypadek poprzednie wyniki, ale, niestety, nie. Nie jest, oczywiście, źle, ale znowu nam to okropne choróbsko pokazało, że nie jest to system zero-jedynkowy. Że organizm człowieka jest nieprzewidywalny i w żaden sposób racjonalny nie można wnioskować o jego reakcjach... Szkoda, że wciąż nam trudno się do tego przyzwyczaić i ciągle nas takie informacje usadzają :/. A więc, everybody, wracamy do ściskania kciukasów, bo chyba za długo były rozluźnione. Niech się Lenkowe leukocyty zbiorą w sobie i załatwią katar, z którym Lenka walczy od dwóch dni. Na szczęście Pan Doktor dziś potwierdził nasze spostrzeżenia, ze oprócz kata...