Przejdź do głównej zawartości

Posty

Sprawozdawczo ino:)

Dziś króciutko, bo jesteśmy w amoku pakowania. Rano Lena z bohaterskim Ojcem zrealizowali misję przepłukania Broviac'a. Nasz Pan Doktor, akurat dyżurujący, prześwietlił Lenę wzrokiem i zasugerował, ze cuś bladawa jest... Zasiał tym samym w nas lekki niepokój... Do tego stopnia, że postanowiliśmy jednak zrobić jeszcze jedną morfologię przed wyjazdem. Dzielny Ojciec z równie dzielną Leną pojechali za ciosem do laboratorium i pobrali odpowiednią ilość z palca. Jakbyście się zastanawiali dlaczego nie mogliśmy tego zrobić w szpitalu - to pytanie raczej do NFZtu, ja nie wnikam ;). W każdym razie procedury wykluczają tak częste badania przeprowadzane w szpitalu, więc zostało nam zrobienie tego "na mieście". Oczywiście wyniki z palca są mniej miarodajne, ale wykazały spadek leukocytów, granulocytów i płytek. Oczywiście my zaprawieni w bojach, wiemy, ze złe nie są, ale mimo wszystko kwalifikują Lenę do zmniejszenia dawki leków w najbliższym tygodniu. Przy okazji pewnie znowu przyp...

Role playing

Dziś po powrocie z pracy powitały mnie Pani Kucharka z Panią Kelnerką. Obie w fartuszkach, z tacą i zastawą. Zgrany zespół - jedna gotuje, druga podaje :) Dziewczyny całymi dniami potrafią się tak bawić: - Ja jestem mamą, a Ty córeczką... - Ty jesteś panią, a ja pieskiem... - Ja jestem Śnieżką, a Ty macochą... Jak tak na nie patrzę, cieszę się, że są we dwie. W kwietniu, kiedy Lena zachorowała Matylda była jeszcze niekumatym, niegadającym glusiem - nie miały ze sobą takiego kontaktu. Teraz, jak Matyl już gada jak stara, całkiem nieźle się ze sobą bawią. I co najważniejsze - lubią swoje towarzystwo. To szczęście, że mają siebie nawzajem. Nie wyobrażam sobie samotności, izolowanej od rówieśników, Leny. Oczywiście Matylda to też potencjalne źródło chorób i wirusów, ale staramy się chronić ją równie uważnie jak Lenę. Mam nadzieję, ze nie wyrosną na dwa odludki :) A tymczasem miłość sióstr, przerywana kuksańcami, waleniem z główki, a czasem regularnym łomotem, kwitnie :)

Przedurlopowy pośpiech

Powoli zaczyna się przedurlopowe ciśnienie. Załatwić to, kupić tamto, pamiętać o tym, etc. Wszystko fajnie gdyby nie fakt, że zaraz zaczynają się warszawskie ferie i siarczysty mróz wyczyścił ostatnio wszystkie sklepy z wszelkich mrozo- i śniego-ochronnych produktów (graniczy z cudem na przykład kupienie teraz rękawiczek narciarskich dla dzieci, sprzedawcy w sklepach patrzą na nas z pobłażliwym uśmieszkiem i odpowiadają – „Owszem, były bardzo ładne i ciepłe rękawiczki jeszcze niedawno”). Do tego jakże sprzyjająca przemieszczaniu się pomiędzy rozrzuconymi sklepami na terenie Warszawy pogoda. Dzisiejszy, kolejny atak śniegu znowu sparaliżował miasto. Ja w pracy młyn związany z przedurlopowym czyszczeniem zaplecza/przedpola – nie wiem w co mam włożyć ręce. I jeszcze dodatkowo zdarzają nam się przygody taka jak dzisiaj – dzwoni Honeuyuś, odbieram – a ona, mrożącym mi krew w żyłach, tudzież stawiającym mi włosy na głowie dęba głosem mówi – „Niestety, sprawa poważna i pilna” – ja już zlany p...

Trochę obrazków

Dziś dopadł nas mega niż, więc pewnie dlatego wena trochę szwankuje. Dlatego pokażemy dziś trochę fotek Sióstr Sisters, bo dawno ich tu nie było :) Przebieranki Z ukochaną Panią Kasią i eko lizakami :) Siostrzana miłość I jeszcze raz szczerbatek **************************************** Ponieważ otrzymujemy masę zapytań dotyczących naszego udziału w konkursie Blog Roku informujemy, że tak, jesteśmy w Trzecim Etapie. Czekamy teraz na werdykt Jurora, który, jeśli pozytywny dla nas, po pierwsze zdecyduje o nagrodzie w naszej kategorii, po drugie dopuści nas do udziału w ostatecznej rozgrywce o tytuł Bloga Roku. Równolegle trwa smsowe głosowanie na tytuł Bloga Blogerów i tu, jeżeli uważacie, że na ten tytuł zasługujemy, oczywiście możecie PO RAZ KOLEJNY wysłać SMSa o treści A00619 na nr 7144. Poprzednie głosowanie zostało wyzerowane, więc teraz jakby trwa od początku :). Też nam trochę zajęło zanim zgłębiliśmy zasady, ale teraz już mamy jasność - mamy nadzieję, że Wy również :)

Mleczko!

Lena się doczekała. Dopytywała się przez pół weekendu i ekscytowała cały poniedziałek. No i wreszcie dziś się udało - Lena dostała swoje ulubione znieczulenie. Dobrze, że zostały nam jeszcze tylko 3 dawki, bo naprawdę zaczęlibyśmy się obawiać lekomanii... :) Spędziliśmy dziś w szpitalu dużą część dnia. Lena z Tatą (tym najsprytniejszym, najpiękniejszym, najmądrzejszym, a co!) stawiła się w szpitalu tuż po 7.00. Przed 14.00 byłyśmy w domu. Za to najedzone szpitalną specjalnością - kluskami z truskawkami i serem białym. *Dygresja: zawsze mnie ta pozycja w szpitalnym menu zadziwiała. Jak dzieciom, które w "szpitalnej" części leczenia nie powinny jeść mleka, cukru i surowych owoców, serwować coś takiego? Zadawałam nawet to pytanie szpitalnej dietetyczce, ale nie potrafiła mi odpowiedzieć. Lena na szczęście już nie jest na tak restrykcyjnej diecie, więc mogła to wtrząchnąć spokojnie.* Wyniki bez większych wahnięć, zgodne z oczekiwaniami, wątrobowe w normie, o dziwo. Pan Doktor tro...

Jakie to kruche i niepewne

To całe nasze, zbudowane na silnym postanowieniu i zaprogramowaniu się na sukces, poczucie relaksu, bezpieczeństwa i funkcjonowanie jak "normalna" rodzina (weekendy u znajomych, zabawa z dziewczynami na śniegu, wieczorki z winem, wyjścia w miasto). Pojawia się (niestety) takie wydarzenie jak czyjaś porażka w tej walce aby znowu ustawić nam inną (właściwą?) perspektywę patrzenia na naszą (Lenki) sytuację. Niczego nie możemy być pewni, musimy się cieszyć (bardzo cieszyć) tym co mamy ale niestety aby naprawdę poczuć się bezpiecznie, musimy poczekać jeszcze kilka długich lat. I z tą niepewnością (jeśli wszystko będzie szło dobrze, to coraz bardziej schowaną ale wciąż przyczajoną) będziemy musieli te lata spędzić. A śmiem (niestety) podejrzewać, że historia z Leną będzie już wisiała nad nami, że naznaczyła nasze życie tak mocno, że będziemy już zawsze drżeć o Lenę i Matyldę. To już niestety nie będzie easy going/have fun/szkoła/liceum/pierwsze miłości/studia....etc, niestety będz...

Relaksująco-męczący weekend

Weekend teoretycznie powinien dawać chwilę wytchnienia i odpoczynku. Ale jakoś to tak wychodzi, że w niedzielę wieczorem zawsze jestem taki padnięty jakbym przeciągnął kilka wagonów z węglem. Ale to chyba z przejedzenia - weekend zawsze stwarza okazję, żeby zjeść obiad 3 razy wększy niż standardowy posiłek w tygodniu. A to zaprosi nas na obiad jedna czy druga babcia (tak stało się wczoraj, a ta babcia zazwyczaj robi obiady składające się z wyboru kilku dań głównych, pięciu sałatek, deser, kawa = kula w żołądku puchnie do rozmiarów piłki plażowej i w efekcie odłącza system), a to zaproszą znajomi i sporządzą coś bardzo wykwintnego i dużego i .... no i właśnie się czuję tak jakbym za chwilę miał się zapaść w sobie. A wczoraj jeszcze odbyliśmy wieczorek towarzyski z ciocia Sylą (dzisiaj rano, pierwsze słowa Matyldy po przebudzeniu brzmiały "Tata, ta ciocia wcoraj bardzo fajna była!") i jej narzeczonym Adamem, bogato zaopatrzony w wino, które skutecznie nas zmęczyło i rozluźniło,...