Przejdź do głównej zawartości

Posty

Ostatnie parę godzin najgorszego roku w naszym życiu

Mam nadzieję, że minie bez dodatkowych skoków adrenaliny. Choć dziś rano nie było tak różowo. Obudziłam się z potwornym bólem kręgosłupa (od paru dni mnie pobolewa). do tego okazało się, że SPEC ma awarię i nie ma ani ciepłej wody, ani ogrzewania. A tu dwa mieszkania do ogrzania i żadnego piecyka awaryjnego. Cóż, piekarniki poszły w ruch (Kasiu, Szymonie - uspokajam - udało mi się nic nie sfajczyć :)). Dziewczyny ubrane w czapki (łysa głowa Leny!) i polary bawiły się dobrze każda na swoim piętrze. Na szczęście ok. 14.00 włączyli ogrzewanie, ja po prochach też trochę doszłam do normalnych funkcji ruchowych, gorączka Matyla wreszcie się trochę uspokoiła, a Lena na szczęście nie powtórzyła wczorajszych temperatur. My z Andim, rozdarci między piętrami, postaramy się trzymać fason - jak Sylwestr, to Sylwester. Za chwile uruchamiamy system komunikacji Baby Phone'owo/krótkofalowej i zaczynmy wieczór we dwoje :/. Postanowiliśmy wieczorem spożyć szybkie sushi noworoczne. Jedyne co można zam...

37,5!

I to niestety nie u Matyldy, u której byłaby to całkiem dobra wiadomość :/ Niestety to Lena obudziła się z takim wynikiem. Do tego rano zwymiotowała :(. Niewiele, ale i tak nas postawiło na równe nogi. Bo wiecie, rozumiecie. Ja na górze z chorą Matyldą, po nieprzespanej nocy składającej się głównie z pobudek, mierzeń temperatury i aplikacji leków. Na dole Andy z chorą (?) Leną, a tu idzie Sylwester, po nim 3 dni laby, w odwodzie zostają tylko szpitale... Oooops... :( Matylda wciąż gorączkuje wysoko, podajemy na przemiennie Panadol z Nurofenem. Panadol zdaje się za bardzo na nią nie działać... No i kaszle bidulka jak stary gruźlik. Oby jutro już było lepiej. U Leny na razie stabilnie. Przez cały dzień utrzymywało się to 37,5. Poza tym apetyt słabiutki, no, ale coś tam musiało się w żołądku dziać, więc jadłowstręt był uzasadniony. Na obiad ulubiony kotlecik wszedł, wiec ostatczny bilans źle nie wygląda. Możemy się tylko domyślać czy to chemia, czy jakiś wirus, czy serek z poprzedniego wi...

Jak nie urok to fukup vol. 3 edit. 5, part 18

No i znowu coś się musiało .... aż nie wiem które słowo wybrać spośród tych, które mi się cisną na usta/palce... spieprzyć? - słabe, spitolić? - mało wybredne, popier... chyba sam bym się z tym nie czuł komfortowo, no więc użyję mojego ulubionego spolszczenia angielszczyzny - sfakolić! Matylda zaczęła wczoraj delikatnie pokasływać i rzęzić. Aż tak bardzo nas to nie niepokoiło (bo zawsze od kiedy włączyli ogrzewanie dziewczyny z rana rzężą) ale im dłużej trwał dzień tym wyglądało gorzej. Wieczorem zaczęła już regularnie kasłać (płytko, sucho, nieprzyjemnie) i w nocy zaliczyła już temp. 38.7 st. C. To ciekawe zjawisko, po miesiącach przeżywania sraczki i paniki przy temp. u Leny już 37.2, teraz z takim luzem (oczywiście do pewnych granic) przełykać 38,7 i stwierdzać, że spoko, to tylko infekcja, załadujemy paracetamol/ibuprofen i czekamy do rana. Signum temporis albo właściwie, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia/przebywania. Wracając do meritum, to niestety nocna walka z gorączką ...

Co nieco o leczeniu podtrzymującym

Ponieważ zapewne tylko dla nas i naszych towarzyszy niedoli (pozdrowienia przy okazji :)) jest jasne o co chodzi teraz w leczeniu Leny, postanowiłam spłodzić parę słów komentarza. Jak pewnie większość z Was wie, Lena zakończyła najbardziej hardcorowy etap leczenia, który polegał na dożylnym leczeniu chemią. Teraz wkroczyliśmy w etap leczenia podtrzymującego remisję . Oznacza to, że aktualne leczenie ma za zadanie utrzymać stan, nazwijmy go dla potrzeb tego bloga "bezblastowym", tak aby zapobiec odrodzeniu się blastów nowotworowych w Lenkowym szpiku. Etap ten będzie trwał długie 74 tygodnie, podczas których Lena będzie codziennie łykać Merkaptopurynę i raz w tygodniu Metotreksat . Oba w tabletkach - na szczęście (podobno?) smacznych. Raz w tygodniu Lenka będzie miała sprawdzaną morfologię i od jej wyników będzie zależała dawka leków w kolejnym tygodniu. Szczególnie istotna jest tu liczba leukocytów. Stan, który lekarstwa mają utrzymać to 2000-3000 leukocytów (norma to 4500-110...

Święta, święta i po świętach

Ale przynajmniej zakończone w najlepszy z możliwych sposobów, a mianowicie rodzinnym, kameralnym bibko-obiadem z moją siostrą, jej mężem i przede z Mają, na którą Lena wyczekiwała od kilku dni. Dziewczyny były sobą tak zaaferowane, że nie istniały prawie przez całe popołudnie i z przerwami na posiłki nie pojawiały się w salonie. Biedna Matylda, odbijała się często od drzwi zabarykadowanych „starszaków” Totalna gonitwa, rykowisko, zderzenia z drzwiami, poślizgi – skulony kot schował się gdzieś głęboko w szafie żeby uniknąć stratowania lub śmierci z zapieszczenia. A w tym czasie rodzice z drinkami w rękach oglądali sobie na rzutniku filmiki z zamierzchłych czasów niemowlęctwa, dwulactwa, trzylactwa itd. swoich pociech. REWELACJA! Gugające, tańczące i oczekujące 21 minut na marną kanapkę dzieci naprawdę potrafią wprawić rodziców po paru latach w stan torsji ze śmiechu. Było wesoło. Matylda rules bezapelacyjnie! Cały ten przemiły, rodzinny czas udało nam się spędzić tak jak sobie wymarzyl...

Fotorelacja - Święta, Święta, Święta...

Pozwólcie, że dziś głównie relacja zdjęciowa :) Zaraportuję tylko, że dziś wróciliśmy do leczenia doustną chemią, która była wstrzymana od momentu pojawienia się Tajemniczych Trzech Kropek. Ponieważ nic więcej się nie pojawiło, stan Lenki nieustająco dobry, więc dziś przyjęła ukochaną Merkaptopurynę i jeszcze jej nieznany doustny Metotreksat. Ku radości Leny okazał się być jeszcze pyszniejszy niż Merkaptopuryna. Dobre i to, w końcu czeka nas łykanie tych dragów przez 74 tygodnie... :)

Udało się!

Był prawie idealnie. Prawie , bo Wigilia była w dwóch odcinkach, w dwóch częściach Warszawy, przez to, że do ostatniej chwili nie było wiadomo, która część rodziny okaże się zdrowa (minimalizacja zagrożenia, ju noł), ale udało nam się! Mimo, że w odcinkach (i w związku z tym w podwójnej dawce jedzeniowej) zobaczylismy się z obiema częsciami rodziny. Dziewczyny wreszcie po bardzo długim czasie, spotkały się i z Mają i z Wicusiem i z Celinką (wszystko cioteczne rodzeństwo), czyli najważniejszymi uczestnikami świata naszych córek. Ale było śmiechu i zabawy. Szaleństw i ganianiny. Pisków, śpiewów i wygłupów. Siostry dzielnie uczestniczyły w kolacji Wigilijnej zaczynając ją tradycyjnie zupą pomidorową ;). Lena później popchnęła śledziem, a Matyl rybą po grecku i połową pieroga z kapustą, która ku jej rozczarowaniu okazała się nie być mięskiem. Zupą grzybową wzgardziły, karpiem również. Mikołaj w tym roku okazał się mimo kryzysu wyjątkowo hojny i dziś cały poranek i popołudnie bawiliśmy się ...