Witajcie!

Lenka, nasza mała córeczka, zachorowała na ostrą białaczkę limfoblastyczną tuż po swoich czwartych urodzinach.
W tym blogu opisujemy dzień po dniu jej i naszą walkę z chorobą.
Po dwóch latach i 4 miesiącach od diagnozy Lenka zakończyła leczenie farmakologiczne i po kolejnych pięciu latach została uznana za zdrową.
W sumie walka z chorobą zajęła nam 7 lat, 3 miesiące i 22 dni.
Aktualnie Lenka ma się świetnie i wierzymy głęboko, że tak zostanie na zawsze.
Dzięki temu blogowi i niesamowitemu wsparciu wielu, wielu ludzi udało nam się przeżyć najcięższe chwile. Teraz mamy nadzieję, że spisana tu Lenkowa historia pomoże innym, którzy zmagają się z tą chorobą
Wierzymy głęboko, że im więcej kciuków zaciśniętych i dobrej energii wysłanej w kierunku chorych, tym szybciej udaje się zwalczyć to świństwo!
Możecie pomóc - bądźcie z nimi! Wasze wsparcie czyni cuda :).
Dziękujemy, że z nami byliście :).

środa, 7 listopada 2012

Disneyland

Ten post miał się pokazać wcześniej, ale odszedł Kuba i jakoś nie miałam nastroju...

Ale teraz już czas na publikację, bo winni jesteśmy wielkie podziękowania Fundacji Mam Marzenie i pewnej niesamowicie energetycznej i ciepłej osobie - Ani Wachowskiej.
Aniu, pozdrawiamy!

__________________________________________________________


Historia zaczyna się prawie dwa lata temu...

W pewien listopadowy dzień 2010, spotkaliśmy się z wolontariuszkami Fundacji Mam Marzenie, które przyjechały do nas, by posłuchać o marzeniach Leny. Do programu zgłosiła nas Dorota, mama Lenkowego szpitalnego przyjaciela - Gabrysia (pozdrawiamy!). Gabrysiowi udało się zrealizować swoje marzenie chwilę wcześniej i razem z rodzicami i Anią z Fundacji był na rejsie po Adriatyku. Teraz przyszła pora na Lenkę...
Zadanie było pozornie proste - narysowanie swoich marzeń. Myśleliśmy, ze Lenka będzie potrzebowała chwili zastanowienia, ale ta bez wahania naszkicowała:

1. Psa rasy York (Uff, nie przeszło ;))
2. Spotkanie z Gabrysiem (zaliczone :))
3. Zamek Kopciuszka - ciepło, ciepło
4. Siebie przy sztalugach - co zinterpretowaliśmy jako wystawę prac malarskich Leny B.

Minęły dwa lata i... marzenie się spełniło - Fundacja zabrała nas całą rodziną do Disneylandu!

 Przylecieliśmy w czwartek - mega rannym lotem - więc półprzytomni zameldowaliśmy się w hotelu. Ja marzyłam jedynie o łóżku, ale nie nasze elektryczne dzieci! Dzielny Ojciec zabrał je na hotelowy basen, a ja się chwilkę zdrzemnęłam. Potem wybraliśmy się na wycieczkę do Paryża - króciutką, ale warto było odświeżyć sobie atmosferę tego miasta. Wieżę Eiffle'a oglądaliśmy już w "po nocy", co w żadnym stopniu nie ujęło jej uroku i dziewczyny naprawdę były pod wrażeniem. Wracaliśmy chyba ostatnim metrem - pełniutkim po brzegi, ze śpiącymi dziećmi na rękach (tylko dzięki temu udało nam się usiąść), potem tylko autobus do hotelu i spaaaaać.



Drugiego dnia (piątek) ruszyliśmy na podbój Disneylandu.


Powiem Wam, że wrażenie niezapomniane. Trzeba przyznać, że całość pomimo absolutnie obowiązkowej bajkowo-kiczowej atmosfery utrzymuje wysoki poziom estetyczny i naprawdę przyjemnie spędza się tam czas. Lenka ku naszej ogromnej radości pokochała roller coaster'y i dzięki temu mogliśmy się bawić wszyscy - no prawie - bo Matyl jednak postawiła veto. Dzielnie przejechała się na jednym po czym odmówiła jeżdżenia kolejkami ("Mama, ja nie chciałam tu być!!!!"). Udało nam się ją jeszcze w sobotę namówić na jeszcze jedną - zabawę z Rybką Nemo i spływ z żółwiami, mieliśmy nadzieję, że będzie łagodniej, ale był jednak super hard core - mamy obawy, że roller coastery znienawidzi jednak na stałe ;). My z Andim i Leną za to wybawiliśmy się super.


Na szczęście była cała masa innych atrakcji poza coasterowych, która spokojnie nadawała się dla wielbicieli delikatniejszych wrażeń. Wszystko to bardzo urokliwe, dopracowane w szczegółach - naprawdę sama przyjemność.
Dobrze, że w piątek udało nam się "zaliczyć" większość atrakcji, bo w sobotę był już MEGA tłum! Fakt, ze pogoda wyjątkowo dopisała (w piątek było chłodno i nawet popadywało), ale naprawdę trudno było się poruszać, a kolejki do poszczególnych atrakcji urosły do absurdalnych rozmiarów wymagających np. 2 godzin oczekiwania. Dlatego w sobotę załapaliśmy się dosłownie na 3 atrakcje, ale i tak nam się nie nudziło.

W niedzielę pozostał nam hotelowy basen, który dziewczyny katowały z niezmniejszającą się przyjemnością codziennie i... powrót do domu.

Jesteśmy przeogromnie wdzięczni Fundacji Mam Marzenie, bo pewnie nieprędko wybralibyśmy się tam sami, a tak Lena ma kolejne marzenie do zrealizowania...
... Pojechać do Disneylandu :)

Relację z naszego listopadowego (2010) spotkania oraz relację Ani macie TUTAJ.

Od razu też wystosuję apel o wspieranie Fundacji w ich działaniach. To niesamowici ludzie z energią i wieeeeelkim sercem. Kto może, niech wspomoże - dziękujemy!



8 komentarzy:

  1. Cieszę się, że marzenie Lenki się spełniło :) To wspaniałe, że istnieją tacy ludzie, którzy bezinteresownie pomagają innym. Macie śliczne córeczki :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ Lena wyrosła! Nie do poznania:) Super że marzenia się spełniają:)

    OdpowiedzUsuń
  3. super!!!brawo!!całuję Was,cmok

    OdpowiedzUsuń
  4. Super zdjęcia, fajnie,że dodajecie coś od czas do czasu!Lenka to już duża dziewczyna i śliczna :) Czekam na kolejny wpis ze zdjęciami. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Super!Dziewczyny jakie duze kobietki:)Mam nadzieje,ze nie omineliscie parad-sa boskie:)Pozdrawiam serdecznie.WESOLYCH SWIAT DLA CALEJ WASZEJ RODZINKI!

    OdpowiedzUsuń
  6. O tak! Obejrzelismy paradę księżniczek i specjalny show na 20-lecie. Miszcz!

    OdpowiedzUsuń
  7. O tak! Obejrzelismy paradę księżniczek i specjalny show na 20-lecie. Miszcz!

    OdpowiedzUsuń
  8. Proszę, napiszcie czasami, co u Was słychać ;)

    OdpowiedzUsuń